skull

Hodowla i trzymanie jadowitych węży to bardzo niebezpieczne zajęcie. Wymaga odpowiedniego treningu i dużego doświadczenia. Jeden mały błąd może się przyczynić do śmierci, bądź poważnego uszczerbku na zdrowiu. Węże jadowite są przyczyną śmierci ludzi na całym świecie.

Jesteś tutaj:   Home Artykuły - Prawo Jadowite po Polsku
large small default
Jadowite po Polsku PDF Print E-mail
Written by Michał Kaczorowski   

Sezon ogórkowy ma swoje prawa, co roku wraca odgrzewana historia o krokodylu nad zalewem zegrzyńskim czy o piraniach na mazurach. Wśród tych sensacyjnych doniesień coraz częściej pojawiają się takie o zwierzętach jadowitych. A to że komuś uciekł skorpion i trzeba było ewakuować blok lub że żmija przywieziona z lasu dwa dni jeździła w windzie. Pomijając sensacyjny ton tych informacji warto zauważyć, że problem zwierząt jadowitych istnieje w Polsce od lat.

Praktyka czyli słowo wstępu

Zajmowanie się zwierzętami w powszechnej świadomości jawiącymi się jako „obrzydliwe”, „paskudne” a już na pewno groźne i „zabijające na śmierć” ma długie tradycje i nie jest zdecydowanie snobistycznym wynalazkiem ostatnich lat. Również hodowla zwierząt jadowitych istnieje jako pełnoprawny dział terrarystyki praktycznie od jej początku. Za pionierów terarrystyki można z pewnością uznać Starożytnych Greków i Rzymian którzy z różnych powodów trzymali w domu lub w ich pobliżu gatunki jakie dziś można zobaczyć w terrariach. Podobne przykłady można znaleźć w większości kultur na całym świecie, wystarczy przypomnieć klasztory w Azji, gdzie cześć węży uznawana jest za zwierzęta święte po dziś dzień. W Polsce tradycje trzymania węży czy pająków terrariach są także długie, sięgające jeszcze zaborów. Jeden z pierwszych polskich podręczników hodowlanych: „Wąż Władka” ukazał się już w 1928 roku.

A zatem niezależnie od strony prawnej warto sobie uświadomić, że zwierzęta jadowite w Polsce były, są i najprawdopodobniej będą. Zresztą samorządy często zauważają problem – niektóre współpracują z lokalnymi, doświadczonymi hodowcami, którzy na prośbę służb miejskich uczestniczą w interwencjach dotyczących zwierząt egzotycznych. Inna sprawa, że często tacy „łowcy węży” są wzywani zupełnie niepotrzebnie, bo niestety zarówno służby miejskie jak i zwykli obywatele niewiele wiedzą na temat zwierząt. Anegdotyczna choć prawdziwa jest historia z Lublina, kiedy to znajomy łowca został wezwany by złapać zaskrońca na starówce, wcześniej otoczonego czujnym kordonem kilkunastu stróżów prawa, by nie ucierpiały postronne osoby. Równie zabawna była interwencja, kiedy to zgłoszono, że w mieszkaniu jest pająk ptasznik, który jak się okazało był popularnym w naszych domach kątnikiem domowym, Podobne opowieści można mnożyć, chociaż rzecz jasna interwencje do grzechotników też się zdarzają, a o tym co skrywają nie raz przesyłki pocztowe wiedzą na szczęście tylko nieliczni...inaczej listonosze zażądaliby z pewnością dużo większych podwyżek niż to miało miejsce ostatnio, wszak jakby nie patrzeć praca w niebezpiecznych warunkach.

Stan obecny

Obecna sytuacja prawna nie rozwiązuje wcale problemu. Obowiązująca ustawa o ochronie przyrody z dnia 16 kwietnia 2004 roku, w artykule 73 ustęp 1 brzmi: „Zabrania się hodowli i utrzymania, poza ogrodami zoologicznymi i placówkami naukowymi prowadzącymi badania nad zwierzętami, a także cyrkami,  zwierząt niebezpiecznych dla życia i zdrowia ludzi, w tym drapieżnych i jadowitych”. Złośliwi puryści prawni powiedzieli by zatem że wszystko jest jasne i basta. Nie wolno trzymać ptaszników, żadnych grzechotników czy coraz popularniejszych skorpionów. Co gorsza nie można też trzymać psa czy kota- jakby nie było zwierzęta drapieżne groźne dla życia zwierząt a czasem i ludzi (w końcu co roku media informują o  dotkliwych pogryzieniach). Koty co prawda raczej dotkliwie nie pogryzą ale mogą zadrapać a co gorsza wścieklizna u nich może przebiegać w formie utajnionej. Powinny też zniknąć pasieki, bo pszczoła jakby nie było jest zwierzęciem jadowitym. Wszak co roku w Polsce od powikłań na skutek użądlenia pszczół czy os umiera co najmniej kilka osób (jeżeli nie kilkanaście). A przecież w świadomości społecznej zwierzęta te nie są uznawane za groźne, wiemy że powinni na nie uważać tylko alergicy. Trochę więcej obaw budzi szerszeń, no ale on jako zwierzę nie hodowlane  i tak by nie zniknął. Wśród zwierząt jadowitych w terrarystyce, duży procent stanowią takie, o sile jadu zbliżonym do pszczoły. Jestem jednak daleki od bagatelizowania zagrożenia, wszak każdy z nas może być uczulony na jakiś składnik nawet najsłabszego jadu. Co zatem jest niebezpieczne i czy pszczelarze muszą zakładać cyrki by legalnie produkować miód ?

Pasieki w Polsce działają zgodnie z prawem co więcej każdy z nas może posiadać psa a to dlatego, że ustęp 2 wspominanego artykułu mówi: „Minister właściwy do spraw środowiska określi, w drodze rozporządzenia, gatunki lub grupy gatunków zwierząt, o których mowa w ust. 1 wskazując kategorie zwierząt według stopnia zagrożenia dla człowieka, kierując się potrzeba przeciwdziałania sprowadzaniu, oferowaniu, nabywaniu i przetrzymywaniu zwierząt gatunków niebezpiecznych dla życia i zdrowia ludzi, w celu ochrony ludzi przed tymi zwierzętami.” A zatem co wolno hodować a co nie  powinno wynikać z rozporządzenia. Problem jednak w tym, że owego rozporządzenia od kilku lat nie ma, a  jego ogłoszenie wciąż jest przekładane. Obecnie, zgodnie z rozporządzeniem Ministra Środowiska z dnia 12 grudnia 2007 roku (Dz.U. 2007 nr 236 poz. 1744) ma być ono ogłoszone 1 stycznia 2009 roku.
 
Czy tak będzie rzeczywiście i co znajdzie się na liście zwierząt niedostępnych dla amatorów czas pokaże. Być może wzorem innych państw europejskich sięgniemy po system licencji dla posiadaczy niebezpiecznych zwierząt. Warto dodać, że system licencji w Wielkiej Brytanii obowiązuje od 1976 roku i do tej pory nie zanotowano zgonów i poważnych przypadków ukąszeń, czy pogryzień. Dla odmiany w Polsce gdzie obecnie sytuacja jest nieuregulowana co roku zdarza się przynajmniej jedno pokąsanie o poważnych skutkach dla zdrowia chorego, niekiedy zagrażające nawet jego życiu. Możliwe jest też całkowite choć teoretyczne rozwiązanie problemu a zatem zabronienie posiadania jakichkolwiek niebezpiecznych zwierząt przez osoby prywatne. Do wejścia w życie rozporządzenia jest jeszcze trochę czasu, warto zatem rozważyć dwa najbardziej prawdopodobne scenariusze a co za tym idzie jakie przyniesie to skutki dla obywateli.  


Scenariusz negatywny

Zakładamy że lista zwierząt niebezpiecznych i jadowitych wchodzi wreszcie w życie, w formie bardzo restrykcyjnej, w praktyce zakazującej utrzymania jakichkolwiek zwierząt jadowitych przez amatorów. Jedna decyzja urzędników pozbawia nas problemu…ale tylko na papierze. A jak jest w praktyce ? Hodowcy takich zwierząt podzielą się zapewne na dwie grupy. Nieliczni chcący żyć w zgodzie z przepisami będą oddawali takie zwierzęta. Tu pojawiają się kolejne dwa problemy. Po pierwsze do tej pory utrzymanie takich zwierząt nie było zakazane, stąd w prywatnych rękach były ich setki jeśli nie tysiące. Najprostsze byłoby oddanie takich „nielegalnych” już pupili do ogrodów zoologicznych – które jednak w obecnej postaci nie są przygotowane na masowe przyjmowanie takich zwierząt.  Konieczne staje się zatem albo przeznaczenie dodatkowych pieniędzy dla ogrodów zoologicznych na ten cel przez państwo (wcale nie małych jeżeli weźmiemy pod uwagę liczbę zwierząt i koszty pozyskania surowic) albo budowa od podstaw ośrodków gdzie przetrzymywano by takie zwierzęta. Po drugie – coś co do tej pory było własnością obywatela a nagle stało się zabronione, nadal jednak jest jego własnością. A zatem odbieranie takich zwierząt właścicielom powinno być połączone ze zwrotem poniesionych przez nich kosztów (zakup, żywienie zwierząt). W przeciwnym wypadku jest to przymusowe odbieranie przez państwo czyjejś własności – czyli nazywając rzecz po imieniu kradzież. W związku z tym do sądów wpłynie lawina pozwów przeciwko państwu a zakładając niemałe koszty pozyskania niektórych zwierząt sprawa trafi na wokandę nie tylko krajową ale i europejską. W praktyce mechanizm odbierania takich zwierząt byłby możliwy o ile zostaliby wprowadzony okres przejściowy na oddanie takich zwierząt w którym wypłacane byłyby rekompensaty. Pozostaje jeszcze duża grupa hodowców którzy zejdą do podziemia, nie chcąc rezygnować ze swojej pasji. Kobry, grzechotniki czy nawet słabo jadowite pająki ptaszniki będę pokątnie trzymane w mieszkaniach, czy częściej by ukryć je przed wzrokiem gości w piwnicach. Wzrośnie natomiast liczba listów adresowanych do policji czy urzędów z adnotacją: „chciałbym życzliwie poinformować…”. Przy współudziale  aktywistów z różnych organizacji ekologicznych rozpoczną się policyjne naloty na takich niezdyscyplinowanych hodowców.  Namierzeni będą mieli sprawy sądowe, w efekcie których pewnie zapłacą spore grzywny, ponadto nastąpi konfiskata nielegalnych zwierząt. Część hodowców, zwłaszcza tych młodszych i nieodpowiedzialnych, przestraszona możliwymi konsekwencjami zacznie wypuszczać zwierzęta ze swojej kolekcji do najbliższego lasu.  W warunkach klimatycznych Polski zwierzęta takie bez problemu przetrwają okres lata i ciepłej jesieni, a część z nich pochodząca ze strefy klimatu umiarkowanego będzie mogła też przezimować. W związku z tym pojawią się nowe zagrożenia dla człowieka i dla przyrody. Pojawienie się w przyrodzie nowych drapieżników z pewnością wpłynie na lokalne populacje niewielkich gryzoni, płazów i gadów a także owadów. Przy dużej liczbie wypuszczeń cześć egzotycznych gatunków może stworzyć na terenie Polski stabilne populacje, wchodząc do krajowej fauny.  Pojawią się także przypadkowe pokąsania przez nieznane zwierzęta postronnych osób spacerujących po lasach czy parkach. Nie będzie wiadomo jakie zwierzę ukąsiło a zatem możliwość skutecznej pomocy lekarskiej znacznie zmaleje. Co więcej skoro na papierze problemu nie będzie to i krajowa medycyna nie będzie przygotowana do nowego zjawiska. A zatem będą lekarze bez odpowiedniego przeszkolenia, bez odpowiednich surowic za to z chęciami by pacjentowi pomóc, tylko niestety to czasami nie wystarczy by uratować zdrowie czy życie człowieka. Nie jest to tylko fantastyka co pokazują przypadki z ostatnich lat: komuś w pociągu uciekła trwożnica, a na trawniku przy parku w Krakowie znaleziono żywą kobrę. Głośny był zresztą przypadek nieżyjącego już krakowskiego „łowcy węży” który w czasie interwencji przeprowadzonej na zlecenie miasta został ukąszony. Wąż odłowiony w przejściu podziemnym okazał się kobrą, a poszkodowany który zgłosił się do szpitala został zbyty przez recepcjonistkę. Dopiero desperackie wyjęcie węża na blat jej biurka przekonało przerażoną kobietę, że nie jest to głupi żart. Sprawa miała zresztą potem głośny finał sądowy. Otwarte granice i liberalne przepisy w sąsiednich państwach sprawią, że  do Polski zwierzęta jadowite nadal będą napływały. Niestety nikt nad tym kontroli mieć nie będzie bo przecież oficjalnie problem nie będzie istniał. Natomiast pojedyncze przypadki utraty zdrowia a nawet życia przez postronne osoby będą jak do tej pory głośnymi nagłówkami gazet. Przecież hodowla takich zwierząt będzie zabroniona a mała liczba poszkodowanych „zniknie” w statystykach. W każdy weekend na polskich drogach ginie około 50 osób, cóż więc znaczy utrata zdrowia przez kilku pokąsanych ?

Scenariusz pozytywny

W życie wchodzi lista zwierząt niebezpiecznych, po uwzględnieniu uwag wynikłych w czasie konsultacji społecznych (być może z Jadowite.org czy PST) w efekcie tylko nieliczne, bardzo groźne zwierzęta są niedozwolone dla amatorów.  Reszta zwierząt jadowitych została ujęta w odpowiednim wykazie z podziałem na grupy w zależności od stopnia zagrożenia dla człowieka. I tak chcąc trzymać zwierzę z takiej listy należy najpierw uzyskać odpowiednią licencję na jego posiadanie.  Uzyskanie licencji wiązałoby się ze spełnieniem szeregu warunków ( m. in, pełnoletność, posiadanie, bezpiecznych terrariów dla zwierząt, odpowiednie zabezpieczenie pokoju z hodowlą przed ucieczką podopiecznych, odpowiedni opis hodowli i zwierząt, badania psychologiczne) i byłoby płatne. Licencja miałaby kilka stopni, a zdobycie kolejnych wymagałoby spełnienia coraz ostrzejszych wymagań oraz posiadania odpowiedniego doświadczenia. W efekcie ktoś chcący hodować np. kobrę mógłby to robić ale dopiero uzyskując licencję o najwyższym stopniu. Wcześniej musiałby nabrać doświadczenia z hodowlą mniej niebezpiecznych węży. Z kolei hodowla zwierząt najmniej niebezpiecznych (np. kilka  określonych gatunków ptaszników i skorpionów) wymagałaby licencji zerowej. Licencja zerowa byłaby znacznie mniej płatna niż wyższe stopnie, a wymagania jakie musiałby spełnić hodowca byłyby niższe. Proponowałbym tutaj np. warunkowe przyznawanie jej od lat 16 (za zgodą rodziców), wymóg posiadania  bezpiecznego terrarium (ale już nie całego pokoju) i niższe opłaty niż w przypadku wyższych licencji, oraz wymóg posiadania opiekuna  terrarystycznego z wyższą licencją. Dla hodowców byłoby to ułatwienie i możliwość stopniowego poznawania terrarystyki jadowitej wraz z odpowiedzialnym jej traktowaniem, dla państwa zaś bezpieczne stworzenie swoistego przedszkola terrarystyczego. Licencja pozwalała by sprawować państwu nad nim kontrole a jednocześnie nie zamykałaby drogi dla młodych hodowców. Rzecz jasna lista zwierząt możliwych do posiadania w tej grupie byłaby jasno określona i byłyby to gatunki naprawdę  stosunkowo bezpieczne (a więc przykładowo Euscorpius ssp ale już nie Trimeresurus albolabris)    

System płatnych, zróżnicowanych licencji pozwoliłby uporządkować hodowle jadowitych zwierząt. Przeszkoleni weterynarze mieliby prawo kontroli (w asyście urzędnika) czy hodowcy zwierząt jadowitych spełniają wymogi ujęte w licencji o danym stopniu. To właśnie w dużej mierze od opinii weterynarza (ocena spełnienia wymogów dla danych zwierząt), przeszkolonego urzędnika (ocena spełnienia wymogów bezpieczeństwa) oraz psychologa (odpowiednie testy) zależałoby zdobycie licencji. Tylko hodowcy o największym doświadczeniu przy spełnieniu rygorystycznych przepisów mogliby hodować najgroźniejsze zwierzęta, inni po spełnieniu mniej rygorystycznych norm mogli by hodować mniej niebezpieczne zwierzęta. Pieniądze uzyskane z licencji pozwoliły by zorganizowanie krajowego centrum ratownictwa – w oparciu o istniejącą służbę zdrowia. Wystarczyłoby przeszkolić lekarzy w 3-5 ośrodkach w kraju w udzielaniu pomocy ofiarom pokąsań przez węże czy skorpiony (można tu korzystać z doświadczenia placówek  amerykańskich czy australijskich). Możliwy byłby także centralny zakup surowic wedle potrzeb (wszak z licencji wynika ile i jakich zwierząt jest w kraju, ile potrzeba surowic i jakich) oraz stworzenie odpowiednich procedur transportowych. W efekcie poszkodowana osoba możliwie szybko trafia pod opiekę wykwalifikowanych lekarzy gdzie jest leczona m. in. za pomocą surowicy przeciwjadowej – wiemy wszak co ją ukąsiło. To znacznie zwiększa szanse pełnego odzyskania zdrowia (zwłaszcza w porównaniu z poprzednim scenariuszem). Jednym z warunków otrzymania licencji byłoby także wykupienie specjalnego ubezpieczenia (coś na wzór OC) które w razie wypadku pokrywałoby koszty wszelkich koniecznych zabiegów medycznych, transportu lotniczego itp. Na podstawie licencji powstaje centralny rejestr posiadaczy zwierząt jadowitych, a więc wiadomo gdzie i kto ma jakie zwierzęta. W przypadku pokąsania możliwa jest szybka identyfikacja zwierzęcia a co za tym idzie szybkie leczenie odpowiednimi środkami. Ponadto możliwa jest kontrola takiego hodowcy czy aby na pewno spełnił wszystkie wymogi. Licencjonowanie znacznie zmniejszy „szarą strefę” w hodowli zwierząt jadowitych i pozwoli na stworzenie sprawnego systemu przeciwdziałania zagrożeniu, w efekcie każdy będzie czuł się bezpieczniej. Oczywiście zawsze będą ludzie którzy nielegalnie będą trzymać coś zabronionego. Jednak będzie ich znacznie mniej bo większości hodowców będzie zależało na legalizacji hodowli a co za tym idzie możliwości legalnego obrotu handlowego takimi zwierzętami (posiadanie odpowiednich dokumentów). Ponadto nie posiadanie licencji lub też utrudnianie kontroli wiązało by się z bardzo wysokimi grzywnami. Taki scenariusz nie jest fantastyką, licencje są używane m in. w Wielkiej Brytanii, w Niemczech i w Czechach. Przykładowo hodowca brytyjski po spełnieniu warunków (odpowiednie pomieszczenie, terrarium, pozytywna kontrola weterynaryjna) może uzyskać licencję. Koszt licencji to 155£ za zwierzę na rok, natomiast grzywna za posiadanie zwierząt bez licencji lub utrudnianie kontroli to 2000£ oraz konfiskata zwierząt. Nie ma powodów przypuszczać, że w Polsce taki system nie sprawdziłby się, skoro jest z powodzeniem stosowany w innych państwach.